Czy wiesz jak żartować w obcym języku?

Znajomość języka obcego (i kultury danego kraju), oprócz zalet tak oczywistych, jak dostęp do tekstów w innym razie dla nas nieosiągalnych, pozwala cieszyć się humorem często odmiennym od naszego. Oczywiście można się upierać, że przecież są tłumaczenia i nawet nie znając, dajmy na to, języka angielskiego, znajdą się tacy, którzy „przerzucą” dany żart na bardziej nasz. Tyle że to nie zawsze takie proste, a nierzadko zwyczajnie nie ma się z czego śmiać.

Istnieje wiele różnych teorii, które starają się opisać zasady funkcjonowania żartów, a także rozwikłać sekret tego, po co w ogóle suszymy zęby (nawet Freud dodał swoje trzy grosze na ten temat i, a jakże, jego zdaniem śmiejemy się, co by upuścić trochę napięcia – musowo seksualnego). Jedna z teorii czysto lingwistycznych – General Theory of Verbal Humour opracowana przez Viktora Raskina i Salvatore Attardo – sugeruje, ze efekt humorystyczny wynika z zestawienia przeciwko sobie dwóch lub więcej tak zwanych skryptów, czyli połączenia najróżniejszych informacji, które budują dane sytuacje. Rzecz zadziewa się na przestrzeni puenty, kiedy to na niczego nie spodziewającego się odbiorcę żartu spada olśnienie. Teoria przedstawia całą hierarchię najróżniejszych elementów i usiłuje określić, które z nich są absolutnie kluczowe dla uzyskania efektu humorystycznego. Wśród nich jest język, meta wiedza na temat przedstawionych sytuacji (np. aspekt kulturowy), strategia narracji itd. 

Dowcip polega na tym (you see what I did there), że bardzo często poszczególne elementy całkowicie rozmijają się w tłumaczeniu i tym sposobem, oglądając film albo czytając książkę pojawia się wrażenie, ze coś powinno być śmieszne, ale jakoś nie jest. Oczywiście czasem po prostu żart jest kiepski i nie działa nawet w języku źródłowym – nie od dziś wiadomo, że słabych dowcipów nie brakuje. Dość często jednak w tłumaczeniu żart zwyczajnie traci (dużo rzadziej zyskuje, choć i tak się zdarza). Absolutnym szczytem absurdu w tym względzie są przypisy tłumaczy pt. „nieprzetłumaczalna gra słów”. Jeśli żartu nie łapiemy i ktoś nam go łopatologicznie wyjaśnia, rzecz przestaje być śmieszna z założenia. Zaczyna być za to frustrująca.

I cóż z tym fantem począć? Najlepiej uczyć się języka, a żarty są w tym względzie pierwszorzędnym materiałem źródłowym! Zwykle dowcipy nie są długie, a do tego pojawia się dodatkowy impuls, który popycha nas do przodu, bo przecież chcemy dobrnąć do końca i zobaczyć, czy dowcip jest dobry. Daje to niemało satysfakcji, a podobno pozwala też upuścić trochę napięcia. Nie śmiem dyskutować w kwestii napięcia, ale dobrze jest porechotać od czasu do czasu, a rechotanie z żartów w języku obcym jest do tego podszyte dumą, że nie jesteśmy tym jednym gościem na imprezie, któremu żarty trzeba objaśniać. Innym pomysłem jest włączenie sobie swojego ulubionego serialu komediowego z napisami w języku, którego się uczymy. Może nie od razu będzie z czego boki zrywać, ale z czasem zaczniemy w dość naturalny sposób odkodowywać poszczególne żarty, szczególnie że dodatkowe bodźce w postaci audio i wideo mocno w tym względzie pomagają. Kto wie, może się nagle okazać, że dany serial czy film – odarty z lektora i kiepskiego przekładu – jest śmieszniejszy, niż początkowo przypuszczaliśmy.

 

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.